|
Blog > Komentarze do wpisu
Golfo de Mexico
Jestem już w Polszy. Ale taki mam nawał pracy, że nie mogę tego ogranąć i na nic nie mam czasu. Teraz koczuję w pracy, więc jest chwilka. Texas. Przywitał nas Texas słońcem i wysoką temperaturą. Z radością zrzuciłam kilka warstw ubrań i włożyłąm okulary słoneczne. Choć po zimie w Colorado był to niezły szok. Od razu z lotniska zabrano nas na tradycyjne teksańskie barbeque. Grilowane mięsko pycha tylko strasznie dużo. Ach, zapomniałam dodać, że było nas już tylko 6, bo podzielili nas na 3 grupy. Pozostałe grupy wylądowały w Nowym Orleanie lub gdzieś na Florydzie. Mieszkaliśmy nad samą Zatoką Meksykańską, widok z okna pokoju hotelowego miałam więc przedni. Pierwszego dnia wywieźli nas na ranczo. Piękne, choć przyroda surowa. Sucho jak pieprz. I na lunch znowu BBQ... A potem pojechaliśmy na foto safari. Cudownie. Aligatory, pancerniki, sępy, czaple, ibisy, czego dusza zapragnie. Zdjęcia mam, ale jednak mój aparat za słaby na takie cuda. Ale co widziałam to moje. Wieczorem Marti, nasz opiekun zabrał nas na mecz hockeya. Darmowe bilety, stawiał właściciel klubu:) No ciekawa to rozrywka, nigdy wcześniej nie byłam. Nawet zaczęliśmy się emocjonować, zwłaszcza, że nasi wygrali:) W sobotę zostaliśmy wolontariuszami i pomagaliśmy sprzątać wysepki w lagunie ze śmieci. na te wysepki juz na dniach przylecą, albo już przyleciały, patki na zimowisko. Cudownie było popływać łodzią, pozażywać słońcan i pomoczyć nogi w słonej wodzie. Tylko grzechotniki czające się w trawie trochę burzyły radosną atmosferę... Byliśmy tam trochę taką atrakcją, bo Marti gdzie mógł chwalił nas, że oto zagraniczni goście pomagają w wolontariacie. Robili sobie z nami zdjęcia jak z celebrytami:) Wieczorem udaliśmy się na zasłużoną kolację do naszej gospodyni Susan, która zresztą zaprosiła swoich sąsiadów. Mogłam więc porozmawiać z jedna nastolatką jak to naprawdę jest w amerykńskiej szkole. Niedziela była luźniejsza, zaliczyliśmy wizytę w Akwarium z delfinami, aligatorami, jednym jeżozwierzem i masą ryb różnej maści. Do tego spacer po marinie, kanapki w subwayu i zakupy w walmarcie:] A w poniedziałek rejs po zatoce przerwany przez nadchodzący sztorm. Sztorm ów dopadł nas w trakcie lunchu, który jedlismy na łodzi-restauracji. Dosyć nami kołysało, do toalety doszłam z trudem. Gorzej było wyjść, deszcz ostro zacinał, a wiatr uniemożliwiał poruszanie się. Kolejna ciekawa przygoda, nowe doświadczenie, sztorm w tropikach:) We wtorek po długim locie z przesiadka dotarliśmy do Waszyngtonu gdzie połączyliśmy rozdzieloną grupę i tłumnie autobusem przejechaliśmy do kolejnego punktu programu. Ale to już inna opowieść. Jedna rzecz jedynie u-nie-milała mi pobyt w Teksasie. Grupa. No tak się złożyło, że wszyscy ludzie, z którymi się jakoś zaprzyjaźniłam, byli w dwóch pozostałych grupach. A w mojej kilku takich nijakich. Szkoda, bo nawet nie było z kim wyjśc wieczorem. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. czwartek, 05 listopada 2009, gopherr
TrackBack
Komentarze
Gość: Jinga, ablq51.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/11/06 11:57:53
welcome back:D czekam na jakieś zdjęcia:D
|
|