czwartek, 19 listopada 2009
Rocky Mountains

jedziemy na górę

na górze

i w dolinie

Rocky Mountains National Park

Denver, Colorado

przedmieścia Denver, pustynia i góry w tle

ta sama pustynia

pole jukowe

smile:)

kolorowa ekipa

poniedziałek, 16 listopada 2009
Góry Kaskadowe

A potem wywieźli nas w góry...

North Cascades National Park po deszczu

lasy deszczowe i sekwoja

jeden taki wodospad

Diablo Lake w deszczu

birdwatcher w samym sercu North Cascades

 

Washington DC, Seattle Washington

No, czas wreszcie zwizualizować moją podróż. Postaram się chronologicznie. Po troszeczku. Zaczynamy w Waszyngtonie.

pierwszy pomnik na jaki się napatoczyłam w DC to Thaddeus Kosciuszko, son of Poland:)

słynny obelisk w samym środku miasta

A potem szybkim samolotem przemieszczamy się do Waszyngtonu, ale nie miasta a stanu.

piękny grunge'owy hotel i pearl jam na drzwiach mojego pokoju

widok na seatle z 28 piętra

również z 28 piętra widok

wieczorna wycieczka na miasto - targ mięsny, tu ewidentnie handlują wieprzowiną

ok. 22 kierujemy się na Space Needle celem wjechania na taras widokowy

a oto i widok na miasto z tegoż tarasu

To be continued...

sobota, 07 listopada 2009
I już ostatni rozdział tej podróży

Zjednoczylismy się w Waszyngtonie. Zapakowano nas do autobusu i wywieziono w Appalachy. Cudownie znów było całą grupą odspiewać 'country roads take me home':) A potem były mgły w Parku Narodowym Shenandoah, wspinaczka na jedną górę, jelenie za oknem, piwo w barze co smakowało jak sok jabłkowy, kelner, który zwracał się do nas per 'girls', na co reagowałyśmy szerokim usmiechem, wymiana wrażeń, zdjęć i chichranie się do późnych godzin nocnych. Po dwóch dniach znów zapakowali nas do autobusu i odwieźli do DC. Tam już tylko 2 oficjalne spotkania, wspólne zdjęcie i pakowanie bagaży.

Zaprzyjaźniłam się z Islandką o przecudownym, ale trudnym do wymówienia imieniu do tego stopnia, że w DC nie wyobrażałyśmy sobie, że mogłybyśmy mieć osobne pokoje. Zresztą chciałysmy zorganizować jakieś ostatnie wspólne wyjście, co znowu się nie udało, bo i mało osób się zjawiło i baru dobrego nie znaleźliśmy. Ale impreza pożegnalna szybko przeniosła się do hotelowego pokoju, ten przyszedł, tamten przyniósł kubańską muzykę, inny z kolei rum prosto z Haiti, M z Meksyku uczył nas /w sensie dwie sztywne Europejki/ tańczyć salsę... I tak to w piątek na oficjalnym pożegnaniu byłyśmy lekko niewyspane:) Byłyśmy bo w tym muzułmańsko-wegetariańskim towarzystwie trudno było znaleść mężczyzn, którzy by potowarzyszyli nam w opróżnianiu butelki z winem:)

I tak to w sobotę wyruszyłam w droge powrotną. Z piosenką, która towarzyszyła nam prawie przez cały ten czas. Otóż S z Indii chyba gdzieś w stanie Waszyngton podczas jednej z wielu podróży autobusowej zapodał stary 'standard' country Johna Denvera "Take me home country road", która to piosenka świetnie pasowała do naszej ciągłej tułaczki. Podnucaliśmy ja sobie od czasu do czasu. Aż w końcu wylądowaliśmy w Virginii, nad Shenandoah River:) I wtedy w autobusie /prawie/ wszyscy chóralnie ośpiewali:

I taki mi sentyment został eh... All my memories get around her...

czwartek, 05 listopada 2009
Golfo de Mexico

Jestem już w Polszy. Ale taki mam nawał pracy, że nie mogę tego ogranąć i na nic nie mam czasu. Teraz koczuję w pracy, więc jest chwilka.

Texas. Przywitał nas Texas słońcem i wysoką temperaturą. Z radością zrzuciłam kilka warstw ubrań i włożyłąm okulary słoneczne. Choć po zimie w Colorado był to niezły szok. Od razu z lotniska zabrano nas na tradycyjne teksańskie barbeque. Grilowane mięsko pycha tylko strasznie dużo. Ach, zapomniałam dodać, że było nas już tylko 6, bo podzielili nas na 3 grupy. Pozostałe grupy wylądowały w Nowym Orleanie lub gdzieś na Florydzie.

Mieszkaliśmy nad samą Zatoką Meksykańską, widok z okna pokoju hotelowego miałam więc przedni. Pierwszego dnia wywieźli nas na ranczo. Piękne, choć przyroda surowa. Sucho jak pieprz. I na lunch znowu BBQ... A potem pojechaliśmy na foto safari. Cudownie. Aligatory, pancerniki, sępy, czaple, ibisy, czego dusza zapragnie. Zdjęcia mam, ale jednak mój aparat za słaby na takie cuda. Ale co widziałam to moje. Wieczorem Marti, nasz opiekun zabrał nas na mecz hockeya. Darmowe bilety, stawiał właściciel klubu:) No ciekawa to rozrywka, nigdy wcześniej nie byłam. Nawet zaczęliśmy się emocjonować, zwłaszcza, że nasi wygrali:)

W sobotę zostaliśmy wolontariuszami i pomagaliśmy sprzątać wysepki w lagunie ze śmieci. na te wysepki juz na dniach przylecą, albo już przyleciały, patki na zimowisko. Cudownie było popływać łodzią, pozażywać słońcan i pomoczyć nogi w słonej wodzie. Tylko grzechotniki czające się w trawie trochę burzyły radosną atmosferę... Byliśmy tam trochę taką atrakcją, bo Marti gdzie mógł chwalił nas, że oto zagraniczni goście pomagają w wolontariacie. Robili sobie z nami zdjęcia jak z celebrytami:) Wieczorem udaliśmy się na zasłużoną kolację do naszej gospodyni Susan, która zresztą zaprosiła swoich sąsiadów. Mogłam więc porozmawiać z jedna nastolatką jak to naprawdę jest w amerykńskiej szkole.

Niedziela była luźniejsza, zaliczyliśmy wizytę w Akwarium z delfinami, aligatorami, jednym jeżozwierzem i masą ryb różnej maści. Do tego spacer po marinie, kanapki w subwayu i zakupy w walmarcie:] A w poniedziałek rejs po zatoce przerwany przez nadchodzący sztorm. Sztorm ów dopadł nas w trakcie lunchu, który jedlismy na łodzi-restauracji. Dosyć nami kołysało, do toalety doszłam z trudem. Gorzej było wyjść, deszcz ostro zacinał, a wiatr uniemożliwiał poruszanie się. Kolejna ciekawa przygoda, nowe doświadczenie, sztorm w tropikach:)

We wtorek po długim locie z przesiadka dotarliśmy do Waszyngtonu gdzie połączyliśmy rozdzieloną grupę i tłumnie autobusem przejechaliśmy do kolejnego punktu programu. Ale to już inna opowieść.

Jedna rzecz jedynie u-nie-milała mi pobyt w Teksasie. Grupa. No tak się złożyło, że wszyscy ludzie, z którymi się jakoś zaprzyjaźniłam, byli w dwóch pozostałych grupach. A w mojej kilku takich nijakich. Szkoda, bo nawet nie było z kim wyjśc wieczorem. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

niedziela, 25 października 2009
Czas na Colorado

Dolecieliśmy do Denver po południu zostawiając za sobą deszczowe Seattle i jedną godzinę. Ach, i jedną kurtkę w samolocie:) A w Denver - słoneczko. Podjeliśmy pewną grupową inicjatywę więc - mianowicie postanowiliśmy wspólnie gdzieś wyjść. Jak największą grupą, co nam się do tej pory nie udało. No i tym razem sukces - musieli dla nas specjalnie spreparować stolik na 12 osób! Cudnie się bawiliśmy. Jedzenie było pycha tylko czemu tak dużo? Większość poprosiła o zapakowanie tego co nie zjadła.

Następnego dnia pojechaliśmy na obrzeża miasta do czegoś co nazywają wildlife refuge. Wysiedliśmy z autobusu, 9 rano, piękne słońce świeci a my szczękamy zębami z zimna. Po jakiejś godzinie spaceru po tym refuge zaczęło sie ocieplać tak, że po kolei ściągaliśmy z siebie kolejne warstwy ubrania. I nagle zrobiło się upalnie. No tak, w końcu to taka troche pustynia - w nocy zimno w dzień upalnie.

Kazali nam tu pic dużo wody żeby sie nie nabawic choroby wysokościowej. Troche się z tego śmiałam na początku. Bo Denver leży na wyskości 1 mili npm, czyli jakieś 1500m. Choć tego nie widać, bo leży na równinie i wogóle się nie wydaje, że to góry. No chyba, że człowiek spojrzy na zachód i zobaczy szczyty Gór Skalistych:) No ale choroba wysokościowa? Cóż no, udało mi się jej nabawić:) Już podczas spaceru po tym refuge jakoś tak mną kręciło. Ale jak pojechaliśmy w góry to już całkiem mnie wzięło. Na jakiś 3000m to mnie łapali jak wysiadałam z autobusu. Weszłam po schodach - 10 stopni dosłownie - i ledwo mogłam złapać oddech. Dziwne uczucie. Zupełnie jakbym cały czas była lekko pijana...:) Oczywiście cały czas mnie mieli na oku, jadłam czekoladę i popijałam litry wody i jakos przetrwałam. Ostatniego dnia, podczas wizyty w Rocky MtsNational Park już było ok, chyba się zaadoptowałam.

Oczywiscie w górach zastała nas zima. Na całego, wyciąg narciarski otwarty. Wywieźli nas zresztą jednym wyciagiem na szczyt zaśnieżony, 12000 stóp:) Tak wysoko to w Polsce się nie da, niezłe uczucie. No i sporo osób pierwszy raz w życiu śnieg widziało. W starych chłopach obudzili się mali chłopcy, bitwa na śnieżki:)

Oczywiście musiałam pozwiedzać knajpy. Kubańska (mohito mmmm:)), steak house, cheesecake factory... I meksykańskie piwo.

Opuszczaliśmy Colorado w mroźny poranek. Na lotnisku niestety podzielili nas na 3 grupy, każda poleciała w innym kierunku. Niestety, bo ludzie, z którymi jakoś tam się zgrałam są w dwóch pozostałych grupach. Cóż no, trudno. Zaprzyjaźniam się zatem z tymi, z którymi jeszcze nie zdążyłam. I usiłuje się nie spalić na słońcu. Bo nad Zatoką Meksykańską lato:) Ale o tym następnym razem.

sobota, 17 października 2009
Seattle

Siedze sobie w bibliotece w centrum edukacyjnym w gorach Grand Cascades. Leje. Mielismy isc polazic ale sie po prostu nie da. Wiec siedzimy gdzie sie da.

Seattle je czadowe. Duzo lepsze niz Waszyngton. Tamto miasto jest zapiete pod szyje, sztywne, bisnes, polityka itp. A Seattle ma klimat. Ludzie tu fajniej wygladaja, duzo milych i ciekawych miesc gdzie mozna pojsc. No i sporo bezdomnych wiec ciagle cie ktos zaczepia czy masz drobne.

Nie mamy za duzo wolnego czasu, ciagle jakies spotkania. Jedynie wieczorem chwilka, ale to sie wykorzystuje zeby isc cos zjesc. Poznaje tu ciagle nowe smaki, biegam po roznych dziwnych restauracjach. Jadlam juz w meksykanskiej, indyjskiej, brazylijskiej (!) knajpie. Probowalam krabow, szparagow, slodkich ziemniakow, roznych owocow, ciagle cos nowego.

Dni mi sie myla, zwlaszcza przez roznice czasu. Teraz chyba jest ... sobota... chyba:) Dwa dni temu wieczorem poszlysmy na miasto, polazlysmy w okolice portu, a na koniec wjechalysmy na czubek Space Needle, takiej wiezy slynnej. Mam zdjecia, jak tylko bede miec troche czasu to je wrzuce. Ale widok jest zapierajacy dech w piersiach. Zwlaszcza noca.

Wczoraj wyruszylismy na wycieczke, ale deszcz mocno nam plany pokrzyzowal. Jestem wiec gdzie w gorach, ale ich wogole nie widze. Chyba kupie jakas pocztwoke, przynajmniej bede wiedziec gdzie bylam:)

A jutro znowu w samolot i do Denver. Tam pewnie nie leje, ale za to pada snieg. Hura...:( Juz nie moge sie doczekac jakiegos cieplego miejsca. Zlapalam jakis straszny katar i tak nie moge go wyleczyc przez ta pogode.

Trzymajcie sie cieplo.

środa, 14 października 2009
Washington

Niedziela, 11 października 2009

Tak. Od czego by tu zacząć… Może od tego, że siedze teraz w pieknym luksusowym hotelu w Monachium zamiast przedzierać się przez amerykańskich celników. Tak, tak, pierwsza podróż za ocean i już z przygodami.

Udało mi się dzielnie dotrzeć do Monachium, w Krakowie nawet nie mrugnęli na moje 1,5kg nadbagażu i już się cieszyłam, że mam to z głowy. Udało mi się przedrzeć przez zasieki wiodące do terminalu obsługującego lotu do USA, dzielnie zaokrętowałam się na pokładzie ogromnego samolotu i na tym skończyła się moja podróż. Po dwóch godzinach kazano nam wysiąść, odebrac bagaż i udać się do hotelu. United Airlines miało jakąs gigantyczna awarie komputerów w centrali a do tego samolot nie mógł się połączyć z satelitą prowadzącym, dlatego nie udało nam się wystartować. W ogóle nie ruszyliśmy z miejsca. Wyruszymy jutro rano. Podobno.

Oczywiście linie lotnicze staja na wysokości zadania, mam ładny pokój w eleganckim hotelu na lotnisku, vouchery na jedzonko i w ogóle wszyscy są bardzo mili i pomocni. Ale nie dolecę na czas do Waszyngtonu. Na szczęście pierwsze kilka dni to właśnie spotkania w W, ale 12 miało być city tour, który mnie ominie. W dodatku nie jestem pewna czy tam na miejscu się zorientują i przyjadę po mnie ponownie jutro, a nie bardzo mam jak się z nimi skontaktować. Dziś jest niedziela, jutro święto narodowe, ambasady nie pracują, a Internet tu jest dziko drogi więc nie bardzo mam jak dać znać. Za pół godziny każą sobie płacić 6,5 E co daje … jakieś 32 z! Jakimś zupełnie dziwnym trafem poznałam panią, która zajmowała się kiedyś takimi programami, zna sprawę. Ona twierdzi, że powinni się zorientowac co z tym moi lotem i być jutro na lotnisku. A jeśli nie, to ona mi pomoże dotrzeć do hotelu. Cudownie.

W telewizji 35 kanałów, w tym 2 w zrozumiałym języku. Właśnie senator McCain tłumaczy coś o ‘major financian institusions’ na CNN.

Złapałam tu jakąś sieć bezprzewodową, ale jakoś mi nie pozwoliła się połączyć. Niby otwarta a nie umiałam. Cóż. Oznacza to, że te słowa pójdą w świat z opóźnieniem.

 

 

Wtorek, 13 października

Nie umiem się tu podłączyć do netu, stąd te zapiski pojawią się w sieci później. Mam nadzieję.

Dotarłam jakoś do Waszyngtonu wreszcie. Nie bez problemów, bo samolot znowu miał jakąś awarię. Na szczeście udało się ją naprawić i ruszyliśmy. W kolejce na lotnisku poznałam Dymitra z Bułgarii i już razem dotarliśmy do końca przeprawy. Przejście przez wszystkie bramki na lotnisku w USA nie było takie trudne. Zajęło nam to może z 15 minut, łącznie z odebraniem bagażu. Piece of cakeJ

Odebrano nas z lotniska i dowieziono do hotelu. Uff. Było już mocno po południu ale zdecydowaliśmy się na szybki tur po mieście. Przebiegliśmy się w zasadzie po okolicy, ale zaliczyłam Biały Dom i park wokół z kilkoma pomnikami. Będzie.

Nie wyspana jestem mocno. Zmiana czasu, zbyt miękkie łóżko i głośno pracująca klimatyzacja nei pozwalają mi spać. A jutro lecimy do Seatle i kolejna zmiana czasu.

Grupa jest kolorowa i radosna. Chociaż jak słucham czym się ludzie zajmują, kim są i co już robili to czuję, że nie zasługuję na ten pobyt. Chyba jestem najmłodsza, większośc ludzi jest mocno po 40, z długą karierą i osiągnięciami. Niektórzy mówią bardzo dobrze po angielsku ale za to z koszmarnym akcentem. Np. z wypowiedzi goscia z Wietnamu nie zrozumiałam ani słowa. Mocno mruczał pod nosem. Gość z Jamajki obiecał nauczyć mnie jamajskiego akcentuJ mmmmJ Kenijczyk za mną łazi cały czas, mam nadzieję, że to tylko taki sposób bycia i traktowania kobiet w Kenii… Jordanka jest cudna, w czadorze oczywiście, ale jest taka radosna i mądra. No i odważna kobieta. Mam wielki problem z imionami. Nie umiem ich zapamiętać, większość brzmi jak jakiś kosmiczny język. Awafe, Thuri, Jibir, Voughn…. O may…

 

piątek, 09 października 2009
Nerwy nerwy

Amerykańskie pieniądze są za duże, nie mieszczą mi się w portfelu. A jeszcze muszę tam parę ojro wrzucić na kawę w Monachium. Pakuje się. Ale przede wszystkim mam stresa. Najbardziej przejmuje sie lotem i wszystkim co z nim związane. Po pierwsze - żeby nie było nadbagażu. Po drugie - co wziąć ze sobą a co do walizki. Bo mnie nastraszyli, że oni tam notorycznie gubią bagaże i najpotrzebniejsze rzeczy trzeba mieć przy sobie. Ale nie wszystko wolno mi wnieść w podręcznym. I teraz dylemat - podkład tu czy tam? A jak mi skonfiskują to nie będę mieć. A jak mi zginie bagaż to też nie będę mieć. A pierwszego dnia mamy oficjalne wizyty, trzeba jakoś wygladać..... AAAAAAA

breath in breath out

A jeszcze mi ubrania schną ciagle i buty czyściłam schną i nie ma rękawiczek bo nie mogłam kupić....

idę skombinować wage co by ten nadbagaż chociaż wyeliminować....

o, właśnie sobie przypomniałam, że przecież miałam 2 zmiany bielizny do podręcznego zapakować, czyli musze odpakowac z głównego... wrrrr

 

piątek, 02 października 2009
By the sea

czyli reportaż z planu:]

 


mój pierwszy kontakt z morzem .... zza krat:]


morze morze...


jezioro szmaragdowe


jeden legendarny aktor, jeden legendarny przyrodnik i ja


sztuczne słońce czyli jak z lustra stworzyć świetlną kulę


słowianie pierwotni budują dom


gopher zaczaja się na biżuterię pierwotnych słowiań


słowianie


parkowcy garnki lepią


jeśli ktoś nie zauważył - siedziba

środa, 23 września 2009
Trzeba się czasem dojodować

Zrobiłam sobie antyterrorystyczne zdjecie do wizy. Wyglądam koszmarnie. Teraz już rozumiem, czemu musiałam na formularzach zaznaczać, że nie należę do organizacji terrorystycznej. Bo zdjęcie tego nie udawadnia, a wręcz wzbudza wątpliwość.

Biegam również po różnych urzędach sprawdzając to i tamto. A to np poszłam do banku upewnić się, że moja karta tam działa. Pani po upewnieniu się (bo nie była pewna) stwierdziła, że raczej tak. Ale dla zupełnej pewności ona mi poleca kartę kredytową, która na pewno tam działa... Bez jaj, na 3 tygodnie nie bedę brała na siebie karty z kredycikiem, kuszącej do wydawania moich skromnych finansów.

To tyle a propos wyjazdów zaoceanicznych. Na razie żyję jutrzejszym wyjazdem nad morze. Hura! Jedziemy służbowo, żeby nie było, wyspa Wolin naszym celem. Szkoda, że to tak daleko, cały dzień jazdy. Właśnie odebrałam kluczyki do dyrektorskiej limo, którą to limo mam poprowadzić! Wprawdzie tylko pierwsze 20km, do punktu zbornego z szefem, ale sam fakt, że oddali mi kluczyki zakrawa na jakąś rewolucję. No jak to? Kobieta? Takim samochodem? Przecież nie będzie umiała i na pewno coś sie stanie i wogóle jak można nie wolno aaaaa!! A tu proszę, nagła zmiana frontu.

Idę się pakować bo przecież wszystko w proszku. Włącznie z moją prezentacją.

czwartek, 17 września 2009
Bo przeciez nie jestem wielbłądem

Matko jedyna, wchodzę dziś na bloxa i nie wiem w co kliknąć... kto im kazał tak wszystko pozmieniać? Niepodobamisię:/

Dostałam dzis oficjalne pismo z Ambasady, że zapraszają i że gratuluja i że mi pokrywaja koszty:] Walcze teraz z formularzami wizowymi. Wprawdzie wizę dostaje bez łaski w trybie przyspieszonym, ale formularze trzeba mieć. No i musiałam dzis odpowiedzieć na serie pytań typu, czy jesteś terrorystą / prostytutką / handlarzem narkotyków.... A na dole dopisek, że zanaczenie w którymkolwiek punkcie opcji YES wcale nie oznacza, że wizy nie otrzymam.... Taaaa... Czy celem twojej podróży do US jest wysadzenie w powietrze Białego Domu? YES!

Musze zrobić jakieś okropne zdjecie z uszami, do tego pewnie odciski palców mi zbiorą. Niby jadę tam na ich zaproszenie, ale nie pozwolą mi zapomnieć, że jednak z Polski.

Wyjazd - 11 października, powrót - 1 listopada, w sumie 3 tygodnie. Najpierw Washington DC, potem Seattle, kaniony w Colorado, New Orlean, bagna Luisiany, krokodyle na Florydzie i powrót do W. Spotkanie z Indianami z plemienia xxx (nie pamiętam nazwy) obowiązkowe:)

Trochę zaczynam panikować. Bo muszę w pracy zrobić ile się da przed wyjazdem, a czasu już niewiele. W przyszłym tygodniu jadę nad morze na sympozjum, 5 dni z głowy. Po drodze jeszcze wizyta w konsulacie przed wyjazdem, oddanie kota na przechowanie, kupienie tego i owego, walizka.... A jakby było mało - przeprowadzam się. Nie że już, najpierw musze zrobić mały remont. Zna ktoś jakąś dobrą ekipę? Urwanie trąby.

Mam tez listę osób w grupie. Nawet jest jeden Hindus! Tien tien :]

 

czwartek, 10 września 2009
Poszukiwana duża walizka :]

...

Milo mi poinformowac ze zostala Pani zakwalifikowana do programu International Visitor Leadership Program o tytule Parks, Biodiversity and Ecotourism Management

...

prosze o zaplanowanie  wylotu na program juz 11 pazdziernika 2009 roku

...

aaaaaaaaaa

poniedziałek, 07 września 2009
A jak masz problem...

Facebook mi cos dziś wisi, to się przerzucam na chwilę na bloxa ;]

Narzekam na tych moich sąsiadów, oj narzekam. Mieszkam w takiej małej komunie, blok ciasny, malutki, niewielu mieszkańców, wszyscy związani ze sobą pracą. Ale głównie emeryci, renciści, niedorosłe dzieci. I tak strasznie sie interesują cudzym życiem, są wścibscy i plotkują, wydarzeniem dnia jest nowe futro (sic!) pani A albo przyjazd córki pani T... Nauczyłam sie z tym żyć, musiałam. No bo jak ci do siatki zakupowej zaglądają sprawdzając co dziś bedzie na obiad to są dwa wyjścia - albo pożreć sie z nimi na amen, nawrzeszczeć i zamknąć się w mieszkaniu, albo pośmiać z tego i nie przejmować się. Po miesiacach nerwów - wybrałam opcję drugą, a nawet zaczęło mnie to bawić. Do tego stopnia, że wręcz wymuszam pewne sytuacje... A poza tym mimo wszystko trzeba z nimi dobrze życ, bo, niektórzy, moga człowiekowi wiele złego zrobić. Jakoś udało mi się z kilkorgiem "zaprzyjaźnić". I teraz jak tylko najmniejszy mam problem lub potrzebę - do sąsiada. Dziś na przykład. Awizo leży w skrzynce, co od razu mnie do szewskej pasji doprowadza. Bo poczta czynna od 8 do 15, co ja pracująca 15km stąd od 7 do 15 nie mam szans tej przesyłki odebrać. Wiedzą niby listonosze o tym i zawsze u sasiadki zostawiają. Tym razem coś im się nie widziało i leży awizo. Ale już sąsiad sie podjął, że on sie jutro chętnie na pocztę przejdzie i mi to odbierze. Byleby nie trzeba było płacić. Nie trzeba. Albo to - rower mam spadkowy po Sis, coś bym tam od czasu do czasu popedałowała, ale powietrze z niego ciagle uchodzi. No to sąsiad młody sie podjął, że on popatrzy, nawet dzis jeszcze, podłubie i naprawi. I tak ciagle coś. Drobne rzeczy, ale w życiu pomocne. Ja oczywiście dłużna nie jestem, jak mogę to zawsze coś pomogę.

Konkluzja jest niestety taka, że jak cie lubią to są do rany przyłóż, ale podpadnij im - to tak d..ę obrobią, że wszyscy we wsi będą palcami pokazywać... Cóż no, pozostaje sie starac i nie podpaść... Bo wogóle to mili ludzie :]

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61
adopt your own virtual pet!
Bollywood.pl