sobota, 06 lutego 2010
A "fundator" się w głos zaśmiewa
W pewnym mieście było sobie skrzyżowanie. Ot, skrzyżowanie jak skrzyzowanie, tyle że w centrum owego miasta. I mocno sie ostatnimi czasy korkowało. Więc włodarze miasta wpadli na pomysł co by z niego zrobić rondo. Że niby odkorkuje. Cóż, taka ostatnio moda. Przy tym skrzyżowaniu, a właściwie na wysepce pośrodku skrzyżowania rosły sobie dwa drzewa - jedna stara wierzba i jego młody dąb. Wierzba groziła zawaleniem a jej gałęzie mocno zasłaniały widok. Dąb był wprawdzie młody, ale jak na dąb mało okazały. No i rósł zupełnie na skraju, prawie na jezdni. Oba drzewa nie pasowały do pomysłu 'rondo' i zaplanowane zostały do usunięcia. Niby smutne, ale w sumie trzeba było dokonać wyboru - bezpieczna droga czy dwa nieprzystajace do miejsca drzewa w kiepskim stanie. Wszystko zdążało ku szczęsliwemu końcowi kiedy nagle jeden mężczyzna w wieku podeszłym coś sobie przypomniał. Otóż podczas ostatniej wielkiej wojny w mieście rządzili Niemcy. Armia w sensie. I to podobno oni posadzili tego dęba, który podobno był podarkiem od samego Hitlera, który to podobno wysłał go w ramach podziękowań za życzenia urodzinowe. Podobno. Pan ów co to sobie przypomniał milczał tyle lat bo podobno nie było dobrego czasu politycznie do ujawnienia tych rewelacji. Ale teraz on pamięta, tak było. Miasto rozgorzało kłótniami, a włodarze utknęli w martwym punkcie. No bo co teraz z tym dębem? Nieopatrznie ktoś wypowiedział się mediach, że ten dąb będzie teraz przypominał ludziom krwawe czasy i dlatego musi zostać zniszczony. Plotka się szybko rozniosła i urosła nawet do stwierdzenia, że po ścięciu zostanie rytualnie spalony. Podobno nawet pisali o tym w chińskiej prasie! No i teraz klops. Bo naród nie chce żeby biedne drzewo cierpiało za ludzkie grzechy i przecież nie wolno ścinać drzew tylko dlatego, że posadzili je głupi ludzie. Nikt jakoś nie mógł zrozumieć, że to drzewo i tak tam nie może rosnąć bo rondo. I że wcale go nie wycinają dlatego, że Hitler tylko dlatego, że zasłania widok kierowcy na skrzyżowaniu. Ale tak się naród zeźlił na władzę, że drzewa wyciąć nie pozwolił. Wierzba już dawno tam nie rosła, ale biedny dąb wciąż. A drogowcy co mieli zrobić? Wybudowali rondo. Z dębem rosnącym na jego skraiku. Podczas budowania ronda niestety się trochę korzenie podkopały i uszkodziły, bo tak to jest jak sie drogi na drzewach buduje. Pewnie dąb długo nie porośnie, zwłaszcza, że mocno zasłania teraz widok. No ale naród nie pozwolił. Teraz miasto szykuje się do nazwania jakoś ronda. Bo ronda muszą się nazywać. Ofiar Katynia? A może Jana Pawła? Się na pewno coś mądrego wymyśli. Tyle, że naród już nazwę wymyślił. Zupełnie niechcący, ktoś rzucił żartem. I się niechcący przyjęło. I wszyscy używają. I tak oto w 21 wieku, w Polsce, 65 lat po zdławieniu nazizmu miasto owo ma w centrum rondo Hitlera.
czwartek, 28 stycznia 2010
O tym, że teraz mieszkam pod numerem 7
Co ja to miałam.... a tak, przeprowadzka. No przeprowadzka jak przeprowadzka. Najpierw remont, długi i kosztowny. W dodatku robiony w grudniu, nikomu nie polecam. Ostatnie dwa tygodnie starego roku żyłam na pudłach i walizkach w niesprzątanym zagraconym zakurzonym mieszkaniu, po którym całymi dniami kręcili się majstrzy vel robotnicy. Nowe mieszkanie w tym czasie powstawało w pocie czoła i oparach pyłu, ale ponieważ łazienka tam nie działała jeszcze całkowicie, to używana była ta w starym. Jak juz się zrobiła wstępnie kuchnia zostały mi zabrane meble kuchenne w celu ich dopasowania tam. Część pudeł z garnkami i innymi utynseliami poszłam tam, bo w starym zabrakło na nie wolnej podłogi. Zwłaszcza, że ogromną część korytarza zajmował materac nowego łóżka i dywan do nowego pokoju w postaci wielkiego rulonu. Tuż przed wigilia i wyjazdem do domu na święta musiałam cała zapakowac się w pudła. Bo okres między świętami a nowym rokiem spędzałam u rodziców, podczas gdy panowie mieli mnie wtedy przeprowadzać. A że mebli z dobytkiem w środku się nie da przenosić, wiec dobytek musiał iść pierwszy. Ostatecznie i tak przyjechałam na odbiór robót przed sylwestrem samym. Musiałam wprawdzie spędzić noc gdzieś pomiędzy jednym pudłem a nie podłączoną pralką, ale przynajmniej stary rok zakończyłam juz w nowym lokum. Potem kolejna droga przez mękę - pozbyc się wszędobylskego kurzu i wypakować owe pudła. Parę rzeczy mi poginęło po drodze, ale szczęśliwie odnalazły się potem w tym ostatnim nierozpakowanym pudłem. Szło mi to wolno bo w międzyczasie musiałam chodzic do pracy, więc jakis tydzień spałam w mieszkaniu pełnym drobin pyłu. To w połaczeniu z alergia spowodowało, że zapadłam na kaszel gigant, żeby nie powiedzieć koklusz czy też zaczątki astmy. Pomagało jedynie gwałtowne wietrzenie połączone z myciem ścian, co przy minus 10 na zewnątrz dawało zaskakująco pozytywne rezultaty. Ostatecznie udało mi się zasiedlić i nawet dwa dni temu oddałam oficjalnie klucze do mieszkania starego. Jeszcze parę formalnosci mi zostało, ale... Parapetówa sie odbyła, to najważniejsze. A najbardziej ukochane elementy? Wściekle zielone płytki w kuchni, których zdjęcie nie odda, ciemnofioletowa ściana w sypialni połaczona z czarna wielką lampką stojącą i bakłażanowymi roletami, szafa wnękowa z wielkim lustrem robiona na wymiar wg autorskiego projektu:) Tylko mi chłopcy zrobili dowcip i zamontowali dzwonek, który umarłego by z grobu poderwał...
niedziela, 24 stycznia 2010
Dziwna rzecz
Dziwna rzecz. Jak zupełnie inaczej podchodzi człowiek do tragedii, która jego samego jakoś bliżej dotyka. O haitańskim trzęsieniu ziemi dowiadywałam się szczątkowo i z opóźnieniem. Akurat jak szły pierwsze niusy w radio to wracaliśmy z delegacji z szefem i dyskutowalismy całą drogę nad problemem spotkania, więc zaledwie jednym uchem gdzieś tam wyłapywałam pojedyncze słowa. Wróciłam do domu późno, a że wtedy nie miałam tv ani netu, to nie mogłam sprawdzic co tam się stało. Dopiero w czwartek, jak juz wszędzie było o tym głośno... I wtedy mnie uderzyło. Przecież William, jego żona i nowonarodzone bliźniaki.... Niedawno poznany Haitańczyk sprawił, że zamarłam. Bo gdy się takie wydarzenia ogląda w tv, to jest wprawdzie tragedia, ale taka odległa, nas to nie dotyczy. Ale kiedy okazuje się, że w tej sytuacji znalazł się znany nam człowiek, żywa postać, radosny uśmiechniety świeżo upieczony ojciec, to dotyka do głębi. Nic nie wiedzieliśmy. Od razu maile z Afryki, czy ktos coś wie. Wiadomość z Santa Lusia, że nie idzie się dodzwonić, linie zerwane, brak informacji. Czekamy. Z nadzieją, że może jednak. A tu podają liczby, że tyle zginęło, że stolica zmieciona z ziemi. Wreszcie w poniedziałek przychodzi mail z Indii. Pierwsze zdanie i wreszcie oddech ulgi: I am very happy to convey that our colleague William survived the quake in Haiti with his family and kids are all safe. I dalej tekst, który zmusza do działania: As you may be heard by the news more than 200 000 people are died and continue to die in Port Prince where I am living. Accidently I survived with my wife and my twins, a fascinating and learning story! A lot of close friends, families, collogues are died. No houses, no food, no water, no medicine, no bank. I am living a tragedy situation. Now I am looking for my friends to get some help to take care of some people... List jest dłuższy zakończony prośbą o pomoc. Jeśli ktoś zatem chciałby wspomóc konkretną osobę, to mogę go przesłać. A swoją drogą nasuwa się refleksja zgoła inna. Jakie to niezwykłe, że są tam gdzies ludzie rozrzuceni po całym świecie, a dzięki cudownemu wynalazkowi internetowi mogą byc blisko. Tak szybko i prosto. Dziwna rzecz.
piątek, 22 stycznia 2010
Online again
Właściwie to nie mam czasu na pisanie, bo szafa prasowania na mnie czeka i mecz za chwilę, ale jak już tu wlazłam.... Przepraszam za kompletny brak wieści ale dopiero wczoraj włączyli mi internet. Czuję się jak nowo narodzono - od środy znów mam telewizję, od wczoraj internet - wreszcie kontakt ze światem. Lubie bardzo radio, ale jakoś nie da się przez nie blogować ani meczy oglądać. Choć przy zaangażowanym obrazowym trójkowym komentarzu... Anyway. Przeprowadziłam sie choć nie bez problemów. Płace obecnie za dwa mieszkania, bo nie moge sie pozbyc starego. Może w przyszłym tygodniu się wreszcie uda. Nowe jest cudne, uwielbiam go. Parę osób juz było widziało, może potwierdzić. Pozostali musza uzbroic się w cierpliwość, może w niedługiej przyszłości jakieś zdjęcia się wrzuci. Oczywiście dosyc się spłukałam na remont więc teraz troche biduję. Ale, czego sie nie robi dla pięknych ścian, wielkiego łóżka i soczystych zielonych płytek w kuchni:) Po drodze sporo się podziało, postaram się jakoś to sobie usystematyzować i podzielić się z czytelnikiem. Tak nawet myślałam, żeby cos w domu wieczorem naskrobać a potem to w pracy wrzucic, ale ciężko ciężko. Bo albo wszystkie popołudnia i wieczory zajete szorowaniem podłóg i układaniem rzeczy na półkach, albo w pracy taki nawał, że ani poczty nie idzie sprawdzić. Zwłaszcza, że nas redukują.... Ale to inna, dłuższa historia. Zresztą smutna. W pracy wogóle szaleństwo bo nas reformują. Ostro i ogólnokrajowo. Dość rzec, że gdzieś tak końcem wrzesnia przestajemy istnieć jako firma i nas zwlaniają. Wszystkich. Ale absolutnie, w całym kraju. Niezłe szaleństwo:] Potem niby tworzą jakieś nowe firmy i zatrudniają nas znowu, ale kto ich tam wie. A jak minister sie rozmyśli? To tak w ramach zagajenia, że żyję i mam się w miarę dobrze. O, kot przyszedł napić się wody z kaloryfera... Taa, żeby nie było, że jest tak cudownie to kaloryfer cieknie.... Szczegóły wkrótce. A póki co wszystkim wszystkiego z okazji roku nowego:*
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Trawa cytrynowa, pistacio i ekspresja
Tak, tak, zyję i mam sie jekotako. Tylko zabieganam. Ostatnio na ten przykład wróciłam z Ojcowa. Eh... Przeprowadzam się. Nie że jakoś daleko, ot drzwi obok. Ale do większego mieszkania, dwa pokoje, duża kuchnia, normlanie luksus. Czy ja już przypadkiem o tym nie pisałam? Nawet jeśli, trudno, napisze jeszcze raz. Cała sprawa ciągnie sie już kilka dobrych miesiecy. Nie jest to takie proste. Otóż mieszkanie, w którym mieszkam jest jakby służbowe, ale właściwie to nie służbowe, bo mi służbowe funkcyjnie nie przysługuje. Służbowe to takie, które przysługuje pewnym stanowiskom i za które nie płaci się czynszu. Ja płacę bo jakby wynajmuje mieszkanie od firmy, która jest właścicielem budynku. A właściwie to właścicielem jest skarb państwa, firma tylko zarządza. No generalnie galimatias. Sprowadza sie to do tego, że na moje pierwsze mieszkanie czekalam 5 miesięcy, bo minister musiał wydac zgodę. Tak, minister. Teraz procedura wygladała podobnie. Ale się ciągła i ciągła bo to czy tamto. A mieszkanie stało sobie puste i czekało. Tyle sie to ciągło, że jak wreszcie dostałam oficjalną zgodę to był listopad. Dobrze, że mi wcześniej powiedziano, że juz mam, tylko brakuje jednego podpisu /nawet nie wiem czyjego/, ale właściwie klucze to mi grzecznosciowo moga już wydać. Bo przecież remont! Remont, tak, słowo wytrych. Znalezienie dobrej ekipy to teraz piekło, co lepsi na wyspach. No ale jakos się udało, nawet znaleźli dla mnie jakiś termin mało odległy. No tyle, że ja tam mam sie przenieść do 1 stycznia, bo od 1 stycznia mam tam zacząć mieszkać. Kociokwik. Zanim sie tam bowiem wprowadzę, to sporo trzeba tam zrobić. Stwierdziłam, że mam dość mieszkania w tymczasowych niedoróbach, mam dość cieknących rur i dziurawych ścian (sic!), ścian malowanych na szybko nie tym kolorem bo nie wyszedł, starego dywanu i ochydnej boazerii. No i właśnie spłukuje się konkretnie na piękne płytki do łazienki, jeszcze piekniejsze do kuchni, panele, farby, listwy, listewki, kuchenkę, zlew, lustro, szafę, tony gipsu i dwóch robotników. W dodatku czas nas goni a tam ciagle coś nowego nas zaskakuje. Znaczy ich zaskakuje, bo ja to przewidywałam. A to im krzywa ściana wyszła i płytki pod skosem trzeba ciąć, a to dziura w ścianie wypadła podczas wiercenia, a to tynk na głowę leci, a to kabel w ścianie co to miał prąd dawać go nie daje, a to.... No kociokwik. A ja sie uczę czym sie różni emulsja, że wanna to teraz jest akrylowa i że sprzedaja ją bez nóg, że zlew na 90 nie istnieje, a jak się człowiek przymili i uśmiechnie to mu płytki w 2 dni a nie tygodnie sprowadzą. W dodatku sama musze o wszystkim decydowac i nie jestem do końca przekonana, czy wybory me dobre. Nakupiłam fachowych gazet w poszukiwaniu inspiracji a tam tylko 200 sposobów na dekorowanie świątecznego stołu:/ Cóż no, niech nikt sie nie zdziwi jak wyląduje potem w jaskini...:] Żeby było zabawniej rozkręciłam aferę na samym początku. Poszło o służbowego hydraulika, którego wywaliłam z mieszkania. Nie pytać. Jak mi się kiedys zbierze, jak kurz opadnie, to opowiem. Bo póki co to grubo. Dwóch dyrektorów już mnie przesłuchiwało, jeden nawet się zdziwił co tam sie stało, że ja taka opanowana a tak się zdenerwowałam:] A ja grzeczna byłam przecież:] Powiedziałam tylko głośno to co wszyscy od dawna myślą. Zasadniczo to żyję tym remontem tylko. Kto nie zadzwoni to słyszy, że prawie mam łazienkę, albo że się pokój zaczyna:] A dziś to nawet zaczyna sie robic korytarz. I w kuchni mam juz ściany a nie tylko wielką dziurę z rurami:] A wogóle to jak już to zacznie wyglądać to może jakieś foty wrzucę... i na parapetówę zapraszam... tylko, że tam wszystkich zapraszam, potem sie okaże, że sie nie zmieszczą:]
poniedziałek, 30 listopada 2009
Czyż to nie piękne?
och I nie chodzi tu o to, że szlagier nieśmiertelna pieśń itp ani że Paul wiecznie żywy ani że Take That na scenie ani że tłumy śpiewają tak, że ciary ciary ani że Royal Albert Hall ani że Gary Barlow to wyprodukował ani że to finał koncertu wielki ani że tam Annie Lennox, Lilly Allen, Mika i cała masa gwiazd i gwiazdeczek na jednej scenie ani że orkiestra ma uszka misiaczkowe ani co tam jeszcze pomyśleliście ale że Robbie i Gary w uścisku radosnym na scenie podskakują jak wielcy kumple bez przeszłości... no bo to niepojęte
ps: wiem, że sie głos z obrazem rozmija i jakość taka sobie, ale klip o porządnej jakości nie chciał sie wkleić. bo oficjalny zakaz. można go obejrzeć tu. ps2: na tym koncercie wogóle różne niespodzianki np występ Lilly z Tejkdetami:]
niedziela, 29 listopada 2009
Przyleciała do mnie właśnie biedronka
Ja k to dobrze, że juz jutro wracam do pracy. Zmęczyło mnie to siedzenie w domu i nicnierobienie. Tak tak, półtora tygodnia wolnego mogła być kreatywnie i produktywnie wykorzystana, takie też były plany. Ale jak to zwykle ze mną bywa - czas upłyną na 3 sezonie Desperate Housewives i Gildii Magów.... No oczywiście wyspałam się nieco, udało się porządek zrobic tu i tam, zdjecia uporządkować, nic ważnego właściwie. A prezentacja z wyjazdu? A zaległości z angielskiego? A tony materiałów do poczytania w związku z projektem? Nic no nic. Juz mówię, trochę jeszcze szczekam, ale idę jutro. Tyle zaległości znowu na mnie czeka... Ledwo się wygrzebałam spod papierów po wyjeździe, już było z górki a tu bach. W dodatku jakieś mnie wieści dochodzą, że szefy chore, oj oj.. A ja jeszcze jutro w szkole jednej występuje... Muszę jeszcze koszulę uprasować... ps: nie mogę, nergal w tańcu z gwiazdami.... a maserak cieszył się bardziej... :]
piątek, 27 listopada 2009
Last but not least
czyli się żegnamy. Najpierw wycieczka w Appalachy
a potem zagłębienie się w jaskinię krasową
i to by było na tyle... eh, chlip chlip
wtorek, 24 listopada 2009
Corpus Cristi, Texas, cz2
Corpus Cristi, marina
pelikan
Corpus Cristi, uliczka
Corpus Cristi, ta sama uliczka
City Aquarium
Żółw
rejsem po zatoce
Corpus Cristi
poniedziałek, 23 listopada 2009
Corpus Cristi, Texas, cz1
pierwsze spotkanie z zatoką meksykańską - betonowe schody na nabrzezu
widok z okna hotelowego
jedno ranczo w teksasie
jedziemy na foto-safari
pole słonecznikowe
mecz hokeja - miejscowi wygrali:)
fan hokeja
pelikan, jeden z wielu
Padre Island Laguna
sprzatanie wyspy
sprzątamy wyspy
kruzing Starość a radość:]
Miał być wyjazd do Barcelony. Albo babski weekend w spa. Miała być szalona impreza. Albo elegancka kolacja w miłym gronie z dużą ilością dobrego wina. A jest zapalenie gardła, antybiotyk i kolejny tydzień na zwolnieniu. Cóż no. Barcelona nie ucieknie, pojedzie się jeszcze. Na spa czuje się zbyt młoda. Imprezka i tak tylko w dobrym towarzystwie, a winko sie wypije jak tylko się skończy brać antybiotyk:) Bo przecież pierwszy dzień trzeciego dziesięciolecia życia to nie koniec świata, a zaledwie jego początek. Podobno życie zaczyna sie po trzydziestce. No to niech to życie się szykuje, bo ja właśnie wkraczam. Z 10 lat mi zejdzie zanim owa się skończy. Rozliczymy się więc w 2019:) Idę zarzucę jakiegoś bollywooda na osłodę gorzkich leków:]
czwartek, 19 listopada 2009
Denver, Colorado
przedmieścia Denver, pustynia i góry w tle
ta sama pustynia
pole jukowe
smile:) kolorowa ekipa
poniedziałek, 16 listopada 2009
|
Archiwum
Zakładki:
Fotografia
Inni
Na zielono i czerwono
Worek myśli
|