czwartek, 26 stycznia 2012
Teatralny update
Chyba czas najwyższy donieść, że moja ewentualna kariera aktorska stanęła od znakiem zapytania. Obsada nam się rozsypała. I wraz z nowym rokiem trzeba było coś wymyślić. Jacyś nowi starzy ludzie się pojawili (nowi bo ich nie znam, a starzy bo grali tu zanim ja się pojawiłam). Ale adaptacja sztuki fredrowej nie wyszła z różnych względów, o których szkoda w ogóle wspominać. I tu ktoś rzucił pomysł co by zagrać to co już kiedyś było grane, dawno, mało kto pamięta co tam było, a podobało się bardzo. I tak to gramy Dulskich. Wersja lekko uwspółcześniona, zmieniona, pocięta i w sumie dość radosna. Ja na oczątek dostałam rolę na trzy sceny – kuzynki Juliasiewiczowej. Bardzo to dobrze, mało tekstu do nauczenia, dużo czasu do wejścia, można spokojnie tekst trzy razy powtórzyć. Jak na debiut w sam raz. A postać jest wyrazista. Bo znowu jestem wredna lalunia z nadmiarem makijażu i papierosem w ręku. Jakaś łatka do mnie przylgnęła, ciekawe skąd się wzięła… W każdym razie gramy. W niedzielę 29 stycznia o 19 premiera. Już mam tremę...
Agent Vinod
A tak a propos wpisu o statystowaniu w bollywoodzie. Juz jest! Zwiastun tegoz filmu, o mniam. I nawet ta scena, w której brałyśmy udział pojawia się na sekund kilka w zwiastunie, wiec może jej nie wycieli i może się w niej wypatrzę? Premiera 23 marca:) Telewizor dla kota
Jadąc ostatnio z koleżanką do miasta wstąpiłyśmy do sklepu zoo w celu nabycia utensyliów dla mego kota. Jakież zdziwienie okazała koleżanka, gdy zakupiłam kilo pokarmu dla ptaszorów do karmnika. Miało być dla kota. No to jest - karma do kociego telewizora:) Karmnik stoi sobie na rogu balkonu tuż za oknem. Kot całymi dniami wyleguje się na parapecie machając zacięcie ogonem i pomrukując coś pod nosem. A za szybą sikory i inne ptaszydła dziobią aż parapet trzeszczy.
Sikor jest trzy gatunki. Bogatki z żółtym brzuchem - tych jest najwięcej. Ustawiają się dzielnie w kolejce, pojedynczo wskakują do karmnika, porywają ziarenko i uciekają. Czasem dziobną słoninki, jeśli takowa akurat jest zawieszona. Dużo rzadsze są modre - błękitne, piękne, okazałe. Do tego od czasu do czasu wpadnie mała i szarawa sikora uboga. Najwięcej rabanu robią mazurki. Przylatują stadkami, wpadają do karmnika bez kolejki, przepłaszają sikory i buszują. Potrafią rozgrzebać całą zawartość karmnika w poszukiwaniu ulubionego ziarenka wyrzucając przy tym inne na ziemię lub podłoge balkonu. Na szczęście dzielne i pilne sikory wybierają potem takie wypadnięte ziarna ze śniegu. Nic nie może się zmarnować. Mazurki to jednak hałastra, dużo pisku, hałasu i bałaganu. Od czasu do czasu pojawi się majestatyczny i wielki w porównaniu z sikorami czy mazurkami kowalik. Przyczepi sie pazurkami do ścianki karmnika, zawiśnie do góry nogami jak to on ma w zwyczaju, porwie kilka ziaren i juz go nie ma. Czasem przyleci para, wtedy to dopiero robi się harmider. Bo pozostałe ptaki muszą czekac w kolejce na drutach i rurach, a mazurki nie lubią czekać. Raz nawet nieopatrznie zapędził się dzięcioł duży. Ale szybko sie zorientował, że karmnik za niski dla dzięciołów, zreflektował, odleciał i tyle go było widać. I tylko kot łapczywie miauczy do okna próbując łapką przez szybę sikorę dopaść. Ot taka kocia zimowa rozrywka:)
wtorek, 24 stycznia 2012
O tym, że służba zdrowia jednak działa
Wielu się dziwi jak im to opowiadam. Że to niemożliwe. Nie w tym kraju w tych warunkach. A jednak udało się;) Coś mi urosło na wardze dolnej. Tak tuż przed świętami. Rodzina na moje marudzenia reagowała machnięciem ręki, znowu sobie coś hipochondryk wymyślił. A mnie to urosło i nie chciało zejść, w dodatku bolało. Nie mówiąc, że nie wyglądało za dobrze. To sie w końcu w zeszły czwartek wzięłam i poszłam z rana do lekarza. Wepchałam się jakoś tak szybko w kolejkę, pierwsza byłam, grzecznie czekałam na panią doktor. Ale właściwie gotowa iść do pracy, w służbowym ubranku, z informacją podaną do szefa, że się tylko lekko spóźnię. Pani doktor lekko się zlękła. No niby to co mam nie wygląda groźnie, ale ona nie wie co to jest i lepiej żeby to szybko specjalista zobaczył. Zwłaszcza, że ja tam po tropikach jeździłam, nigdy nic nie wiadomo. Juz dziś mam jechać do dermatologa, oni mi tu wypisuje zwolnienie, mam się tym spokojnie zająć. No to cóż? Zadzwoniłam do pracy, że jednak mnie nie będzie, pojechałam sie przebrać, zaopatrzyć w potwierdzenie ubezpieczenia (na szczęście świeżo podbite - teraz to nie wiadomo) i odnalazłam numer do przychodni dermatologicznej w mieście. Tak, tak, moge przyjechać, jeśli to pilne doktor mnie przyjmie. Pojechałam. I odkryłam, że mi przychodnie przeniesli na ulicę jakąśtam. Tylko gdzie jej szukać?? Szybki telefon do przyjaciela i już wiem. Dotarłam, podreptałam do gabinetu, poprosiłam, pojęczałam, że boli i mnie doktor przyjął. Ale szybko stwierdził, że mi nie pomoże bo to trzeba ciąć. Skierowanie do chirurga mi wypisuje. Poradnia tu zaraz, za rogiem, może jeszcze dziś zdążę. No to szybko do tej .... czwartej już tego dnia przychodni (!!). Znowu do rejestracji, tam, że muszę spytać lekarza, podreptałam do gabinetu, poprosiłam, pojęczałam, że boli... I chirurg stwierdził, że to nie do niego. Bo to wewnętrzna strona ust, czyli laryngolog. He...? No niech mu będzie, tylko co teraz. Uprzejma pielęgniarka zadzwoniła do poradni laryngologicznej, czy mnie przyjmą. Niestety nie z tym skierowaniem. No to dawaj z powrotem do dermatologa. Ten się uśmiał, że dziwna ta granica między chirurgią a laryngologią, ale skierowanie poprawił. I znowu apiać do rejestracji, tam, że muszę spytać lekarza, podreptałam do gabinetu, poprosiłam, pojęczałam, że boli i pani doktor łaskawie kazała czekać. Trzy godziny. O matko jedyna. Miałam przy sobie jedną na pół przeczytaną gazetę jako lekturę i tabletki na gardło jako pokarm. No bo przecież nie planowałam maratonu lekarskiego, a jedynie szybką wizytę u rodzinnego. W końcu weszłam, zostałam zbadana i odesłana ze skierowaniem do szpitala. I żeby było śmiesznie - udało mi się tam zdążyć przed końcem dyżuru:) No tyle, że lekarze już kazali przyjść w piątek. Coś tam nawet marudzili, że może w przyszłym tygodniu, ale ja się zawzięłam. O nie, jak juz tak daleko zaszłam, to już to dociągnę do końca. I kazali przyjść w piątek na oddział na 8 rano. Na czczo. A to wszystko udało mi się w jakieś 6 godzin! Tu muszę wtrącić, że nigdy nie byłam w szpitalu jako pacjent. Nie do końca zatem wiedziałam co mam właściwie wziąć i jak się zachować. Dobrze, że mama poradziła wziąć piżamkę i ręcznik. No bo niby tylko mam miec to wycięte, ale nie wiadomo co oni wymyślą. I dobrze. Bo mnie przyjęli na oddział (no nie tak od razu, trochę musiałam tam poczekać, odwiedzić ze dwa okienka m.in. izbę przyjęć, ale udało się), założyli welfron (tak na wszelki wypadek) i przydzielili łóżko. Zatem odziana w elegancki dresik i zaopatrzona w grubą książkę, ale juz lekko głodna, czekałam sobie dzielnie tak do 12, kiedy to mnie wywieźli, znieczulili, obluzgali krwią, że wyglądałam jak wampir po śniadanku, zaszyli i odesłali znów na łóżko. Potem wypis, ubłagany zastrzyk z ketonalu na bolącą po zaniku znieczulenia ranę i do domciu. Szybko i sprawnie. Muszę tylko wrócić na zdjęcie szwów. I tak siedzę sobie w domku na zwolnieniu, bo moja pani doktor stwierdziła, że z takimi szwami na spuchniętej i sinej wardze nie będę do pracy chodzić:) No i czyz to nie cud? 5 lekarzy, 5 poradni, jedna chora warga dolna w dwa dni!
ps: mówiłam, że mam nowego szefa? Postanowienia noworoczne
których nie zrobiłam znowu pisać wrócić do nauki francuskiego odnaleźć zagubioną radość zostać pracownikiem roku tyle dość wystarczy
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Zostac gwiazda bollywoodu
W Mumbaiu postanowilysmy wybrac sie do kina. A jakze, film byl prosty i radosny, prawie wszystko zrozumialysmy. Hymn odgrywany na wejscie troche mnie tylko zaskoczyl, choc Ela twierdzi, ze to normalka. Pod kinem po seansie (a moze przed seansem jak kupowalysmy bilety?) zaczepil na pan, czy nie chcemy zagrac w bollywood movie. Hmmmm... Zapisalysmy sie na liste:) Potem oczywiscie sprawdzilysmy pana i jego agencje, wydawal sie ok. Film mial byc z Saifem Ali Khanem i Kareena Kapoor. Jakas aukcja. No dobrze. O 12 na drugio dzien zbiorka, duzo bialych ludzi, wiec jakby co to nie jestesmy same. Zapakowali nas w graciasty autobus i prawie 3 godziny wiezli przez zatloczone miasto. Przy czym nasz opiekun co jakis czas wysiadal i pytal o droge. W koncu zjechalismy na jakas boczna drozke, przez bagna i pola ryzowe zajechalismy pod wielki piekny, choc zapuszczony z wierzchu palac (?), ktory okazal sie byc planem filmowym. Szybko szybko do przebieralni. Cala scena niby sie dzieje w Maroku, elegancka posh aukcja charytatywna. Wieczorowe suknie, smokingi, garnitury, a mnie odziali w jakies pseudo marokanskie wdzianko. Do tego okropna wielka fryzura i juz bylam jako ta marokanska zona bogatego meza. Posadzili mnie nawet obok jakiego starego Araba, koszmar, nawet nie bylo z kim pogadac. Bo jak ok 4 wlazlam tam na sale (w za duzych butach bo nie mieli na mnie rozmiaru i zszywali na mnie buty co by mi nie spadly), okazalo sie, ze w srodku bylo calkiem calkiem. No i nadmuchy ogromne wiec nie bylo goraco. Przeszzlam nawet obok Saifa, ktory cos tam ustalal! Aaaaa!. A potem jak zasiedlismy to tak do 2.30 w nocy. Co jakis czas tylko przerwa na jedzenie, ale tam dzikie kolejki bo tych statystow to bylo ponad 100. Ekipa ogromna, a wlekli sie strasznie. $ razy dumali jak to ustawic, przestawiali, zmieniali, cos im sie zepsulo, a to odwidzialo.... o matko jedyna. Mysle ze porzadna polowe mniejsza ekipa europejska zrobila by to w dwa razy krotszym czasie, czyli z wydajnoscia 4 razy wieksza. No bo jak jeden pan mial tylko pilnowac co by na ekranie z tylu wysiwetlalo sie jedno zdjecia, a i tak mu sie to nie udawalo... Albo jakis pan gapa od trzymania dmuchawy siedzial na balkonie, ktory bylo widac w kadrez? I trzeba go bylo przesuwac, pana schowac, 20 minut zlecialo. Jak wreszcie wielkie gwiazdy weszly na plan to juz chyba byla polnoc. Zagrali ze 3 sceny (Saif, bo Kareena to 1) i tyle ich bylo. Siedzieli tam czasem boczkiem ale ochrona absolutnir nir pozwalal sie do nich zblizyc. Dostalam nawetrole - nie tylko siedzialam na krzeselku ale tez podnosilam numerek 140. Moze gdzies tam w tle bedzie mnie widac... Jak sie film pojawi to na pewno go zdobede i sprawdze:) Ale nie wiem czy sie pochwale bo mam tam koszmarna fryzure, wygladam staro i dziko:) Ale przygoda byla fajna, zaplacili nam troche grosza, robale nas nie zjadly (choc bylo blisko), otarlam sie o gwiazdy, blicgtr i takie tam, starczy przygod. Aha, podroz powrotna to byl dopiero hardkor. Bo w trakcie zdjec padal deszcz i woda byla w autobusie. Siedzielismy pod parasolami bo z dachu kapalo. A autobus nie mial przednich swiatel i pan swiecil sobie latarka na droge.... Ale juz nam bylo wszystko jedno...
wtorek, 02 sierpnia 2011
first impessions
No to jestem. Zmeczona i otumaniona podroza, zmiana czasu i klimatem. Mam nadzieje ze powoli sie przyzwyczaje, choc w stosunku do dnia pierwszego juz widac poprawe. Przylecialysmy nad ranem, przedarlysmy sie przez wzmozona ochrone na lotnisku i udalo sie zdobyc taksowke. Choc nie wiem jakim cudem taksowkarz wepchnal nas i bagaze do takiego mikro samochodu. Potem jechal nie zbaczajac na swiatla na skrzyzowaniach - wydaje mi sie ze sa one tutaj raczej wskazowka niz przepisem. Przechodzenie przez ulice jest walka. Wczoraj omal nie rozjechal mnie skuter. Na razie widzialam jedynie jedna krowe i dwie kozy chodzace swobodnie. No ale to Bombaj, metropolia, cywilizacja:) Doznania? Na razie w sumie nic czego bym sie nie spodziewala. Ale winie za to moje otumanienie, dzisiaj zamierzam juz sie rozgladac wokol i moze nawet wyjme aparat. No i mam parasol, utargowany wczoraj z 250 na 160 rupi. Choc podejrzewam, ze dla tubylcow i tak bylby duzo tanszy, no ale zadna z nas nie wyglada jak tubylec:) bo tu przeciez ciagle pada! niby goraco bardzo nie jest, duszno i wilgotno, o tak. no i nabawilam sie kataru przez klimatyzacje pewnie. wchodzisz do banku z ulicy to az cie rzuca zimno na kolana. nie dobrze nie dobrze. no dobrze, czas isc.
sobota, 30 lipca 2011
Rumunia zaliczona
Choć nie bez ofiar. Ale po kolei. Najpierw długo jechaliśmy przez pola słoneczników na Węgrzech. Potem nocą ciemną dotarliśmy do Sighisoary, starego saskiego miasta, w którym rządził kiedyś Vlad Palownik zwany Dracul:) Udało się go nawet na drugi dzień lekko zwiedzić. Drugi dzień, a raczej w podróży już trzeci, to przejazd przez góry Fogoraskie trasą Transfogoraską (Brat podpowiada, że to najsłynniejsza droga świata) do jeziora Balea. Cóż takiego niezwykłego jest w tej trasie? Otóż jedzie się nią 35km do góry z 500m na 2000m npm... Droga jest wybudowana skrajem gór, jedzie się nad przepaściami, bez barierek, ciągłymi serpentynami... Widokowo pięknie, ale strach zbiera. Niestety bardzo lało i zdjęcia mam jedynie z zamokniętego okna autobusu. Na koniec dotarliśmy w góry Retezat, gdzie dwa dni łaziliśmy po górach. Wlazłam na prawie 2000m, zużyłam lekko kolano, przypaliłam sobie skórę na kolanach na słońcu, nie wlazłam przez to na drugą górę drugiego dnia ale jakoś żyję. Widoki przednie. Jak się obrobię z tymi wszystkimi wyjazdami i milionem zdjęć to może coś tu pokażę. Teraz już jestem w Warszawie, skąd jutro wylatuję. Nie wiem, czy wszytsko wzięłam, pewnie nie. Wogóle mam nerwa eh. Dobra, idę smarować kolana.
sobota, 23 lipca 2011
the journey starts tomorrow
Plan jest taki: 24 - 29 lipca jestem w Rumuni - czyli wyjazd jutro rano. Wyjazd jest słuzbowy, zorganizowany, będziemy się szkolic i zwiedzać, kolorowy parkowy autobus ogólnopolski. Będziemy się kręcić wokół miejscowości Cluj, ale co i gdzie konkretnie to nie miałam czasu sprawdzić. Transylwania? Siedmiogród? Tak jakoś:) Postaram się zdać relację jak tylko tam znajdę net. 31 lipca - 21 sierpnia INDIE!!! hurrey!!! Oznacza to, że wracam z Rumunii, śpię, wstaję rano, przepakowuję się, ruszam do Warszawy, śpię i juz pędzę na samolot do Mumbaiu. Trochę to szalone, ale co poradzić. Ja, stateczny, rozsądny i poukładany aż za nadto gopher będę musiała się zdać na los i poddać odrobinie chaosu. Plan na Indie wstępny jest taki, że E, M i gopher lecą przez Istambuł do Mumbaiu, tam są kilka dni i potem ruszają na południe. 3 baby, dobrze, że dwie już tam były to ta trzecia nie musi aż tak bardzo się martwić. Bo trochę musi bo juz tak ma:] W każdym razie - keep you posted. jeśli tylko się uda. Biorę aparat z nową wielką kartą pamięci:) To lecę się prasować.
wtorek, 12 lipca 2011
My first opera experience
Każdy tak od czasu do czasu ma (przynajmniej taką mam nadzieję), że nawet będąc dorosłym dziecięciem odkrywa coś czego jeszcze nie odkrył, zaczyna robic cos czego jeszcze nie robił, przeżywa cos czego jeszcze nie przeżył. Tak też i ja miałam. Mianowicie zostałam zabrana do opery. Cóż no, w moim domu kultywuje się i słucha muzyki rockowej, z klasyczną niewiele miałam styczności. Może poza szkoła, ale ta mnie jakoś nie zaraziła. A szkoda, bo teraz chociażby byłabym światlejszym człowiekiem. Ale przecież nigdy nie jest za późno by się zacząć wdrażać. A że nadażyła sie okazja - festiwal mozartowski - to z niej skorzystałam. No i tu warto nadmienić o innej okoliczności. Otóż wielu zapewne tak ma, że nawet jeśli pewnego zagadnienia nie zna dogłębnie, a nawet i pobieżnie, to ma o nim jakieś wyobrażenie. I takie też wyobrażenie miałam o operze. Wydawało mi się, że spotkam tam rozmach dekoracji, tłum na scenie, feerie kolorów, głosów, chór, balet, złoto i serpentyny, jarmark normalnie. No bo tak w telewizji widziałam, no co:) Ale nie pomyślałam, że skoro spektakl odbywa się w Operze Kameralnej, to będzie ... kameralny... Zdziwiłam się mocno w każdym razie. Nie rozczarowałam, bron boże nie, ale zaskoczyłam. Bo dekoracja była skromna, aktorzy (mówi się "aktorzy" czy "śpiewacy"?)... soliści jedynie na scenie, żadnych chórów czy baletów. Rzędów w sumie może 10, przez co siedząc w ostatnim mogłam liczyc guziki w kostiumie sopranisty (tak się mówi?). Ale i tak starsza dystyngowana pani w perłach na szyji w rzędzie przede mną używała lornetki. Lornetuni właściwie. Nie wiem, może chciała sprawdzić stan pląb w zębach solistów... Do tego orkiestra schowana w dziurze pod sceną (cudowne:)) i tylko ręka dyrygenta z batutą wystrzeliwana energicznie do góry:) Bałam się, że nic nie zrozumiem. No bo w koncu śpiewali po włosku. No i nie zrozumiałam, ale nie było to aż tak tragiczne. Choć uważam, że jakieś tłumaczenie by sie przydało. Bo w końcu na widowni mógł się trafic jakiś laik co ani nie zna języka, ani nie zna streszczenia, wogóle nie wie o co chodzi i może mu to odbierać komfort odbioru:P Bo przecież pomimo tego, że, jak twierdzą niektórzy - co oni tam śpiewają nie ma znaczenia, to ci niektórzy znają włoski i płakali na jednej arii:P W każdym razie, jakoś to wyszło. Ściąga w postaci streszczenia podczytywana w antraktach pozwoliła mi to ogarnąć. Ach antrakty! Pan chodził z dzwonkiem i dzwonił, jakie to było urocze. I kawę i soczek dawali w przerwach, państwo chodzili i dyskutowali i analizowali... Troche nie wiedziałam co ze sobą zrobić, jakos tak chyba nie pasuję do tego świata. Za wysokie sfery, och. O, i zdziwiło mnie mocno, że panie śpiewają męskie role. Zostałam potem oświecona, że w czasach Mozarta niektóre role męskie pisało się dla kastratów, którzy śpiewali sopranem. A teraz niewielu mężczyzn potrafi tak śpiewać, w zwiazku z tym ogólnie jest przyjęte, że kobiety graja role męskie. No troche to dziwne, jak dwie panie na scenie wyśpiewuja sobie miłość - jedna w sukni, druga w atłasowych getrach.... Ekhem, no jak to czytam co napisałam to może nie wydaje się dziwne w kontekście współczesności, ale w odniesieniu do spektaklu było. Równie dziwne jak pan śpiewajacy sopranem (bo jeden był), co tez mi jakos nie grało. No dziwne, dziwne. Och dziwię się i dziwię, no ale mam prawo chyba. Samego spektaklu, wykonania, dokonania solistów itp. nie mogę oceniać, bo się nie znam i nie mam porównania. Mogę jedynie rzec, że się podobało. I że następnym razem chętnie udam się na wypaśny kolorowy pełen ludzi chórów baletów dekoracji spektakl w większej operze. Tak w ramach poznawania niepoznanego:) Ach, i proszę mnie nie pytać o tytuł. Bo to nie było nic o czym by mnie w szkole uczyli, tytuł dla mnie trudny do zapamiętania. Dość rzec, że jak kupowałam sobie wejściówkę to prosiłam o "jedną wejściówkę na wieczorny spektakl" ;) ps: ten skubaniec Mozart napisał tę operę jak miał 14 lat i nie było to jego pierwsze dzieło!
wtorek, 05 lipca 2011
Kopsnęłam się do stolicy na chwilę
... w celu załatwienia kilku ważnych spraw. Udało się całkiem nieźle i na temat. Przede wszystkim udałam się do ambasady Urugwaju, która jednak została przeniesiona na inną ulicę. Wcale mnie to nie zdeprymowało, zwłaszcza, że towarzyszyła mi dzielna Ela, i siłą rozmachu wylądowałam w agencji przybocznej ambasady Indii:)) To taki zawoalowany sposób przyznania sie wreszcie do planów wakacyjnych. Wniosek o wizę do Indii złożony:) Potem ubezpieczenie wyjazdowe - załatwione. Papierek do odbioru wizy przekazany Bratu, który niestety okazał się być mocno zmęczony, zatem nie dowiedziałam się jak tam na openerze było. Bo sama byc nie mogłam, nad czym mocno ubolewam, zwłaszcza, że był tam Książę. Czy wystarczy, że rzeknę, że płakałam jak się dowiedziałam, że ON będzie a ja nie mogę jechać? Nawet udało mi się uknuć cwany plan, że pojadę na ten jeden jedyny koncert, ale szef mnie wyrolował i zaplanował spotkanie akurat jak miałam wyruszać. Fragment koncertu wysłuchałam przez telefon, co dało mi do myślenia i obiecałam sobie, że już nigdy nie będę dzwonić do nikogo z koncertu i kazać mu słuchać bo to ku**a nic nie słychać! Wprawdzie w Gdyni nie byłam, ale muzycznie wyjazd był ciekawy. Zostałam mianowicie zabrana do opery - pierwszy raz w życiu. Hmm opera zasługuje na osobny wpis:P Do tego należy dołożyć kilka drobnych faktów. Zmokłam. Bardzo zmokłam. Buty mi przemokły i musiałam kupic skarpetki, które zasadniczo nie są mi potrzebne bo takich mam sporo. No ale suchość w butach została dzięki nim osiągnięta. Wygrałam książkę w konkursie internetowym. Jeeej!! I to akurat w bardzo traumatycznym momencie kiedy osiągnęłam dno czarnej rozpaczy. Poznałam nowe szczenię Edi, które to szczenie pozwoliło sobie obsikac mnie na wejście a potem wbić zęby w moje kolano i nadgryść mi spodnie. Cóż no, taki juz urok szczeniąt. I przytargałam dwa sezony serialu Rzym, mniam!
czwartek, 23 czerwca 2011
Ahoj przygodo
Mam błoto za paznokciami o stóp. I bynajmniej nie chodziłam dziś boso. Trochę tylko podtopiłam się w bagnie. Wciąż szukam kumaków - rudna druga. Dziś rano zamiast jak przykładny Polak - katolik wyruszyć na procesyję, ja pognałam na łąki. Wolne trzeba wykorzystać. Miałam w planach tak z 5 powierzchni do zrobienia, a udało mi się ledwie 3. Bo musiałam awaryjnie wracać z wiadrem szlamu w bucie. Próbowałam dojść w jedno miejsce - zeszłym razem jakoś mi się udało. Ale teraz jakby trawy urosły i jakby błoto się pogłębiło. Więc jak juz przedarłam się przez łąkę z dwumetrowymi turzycami i pokrzywami, zablokowało mnie małe bagienko. Najpierw nie trafiłam na kępę turzyc i zaliczyłam mały błotny wsys. Ale udało mi się dzielnie z niego wybrnąć, but wytrzymał. Dorałam na miejsce - na szczęście siedziało tam sporo kumaków, co wynagrodziło trudy dotarcia do miejsca. Ale głupia zamiast wrócić tą samą drogą co przyszłam, stwierdziłam, że szybciej będzie na przełaj przez młakę. Do rzeki nie daleko, jakos dam radę. Taaa... Dość rzec, że za którymś razem źle wycelowałam i zamiast na kępę turzyc ostro wpakowałam się lewą nogą w błoto. Trochę mnie zassało, ale nawet dałabym radę gdyby nie to, że ratując gps'a i formularze z notatkami starciłam równowagę i aby nie wylądować twarzą w błocie ostro ratowałam się prawą nogą. No i mnie wessało. Czułam tylko jak szlam wlewa mi się górą do gumowca i wciaga mi prawą nogę coraz głębiej. Próby poderwania owej nogi do góry powodowały coraz głębsze jej zapadanie się. W końcu jakoś sie wydrapałam korzystając z kolan i sąsiednich kęp trawy, ale miałam juz myśl, że pewnie tu zostane i bedę czekać aż mnie wilki zjedzą. I juz już miałam wleść na kolanach na kolejna kępę trawy, a tu niespodzianka - piękna acz jadowita żmija siedziała tam wpatrując się we mnie hipnotycznie i spinając się do skoku. Jeszcze tylko tego nie brakowało - nie utonęłam w bagnie, ale padłam po ukąszeniu żmiji. Tak mnie to zezłościło, że nawet nie uwieczniłam jej na zdjęciu tylko poczłapałam w drugim kierunku. Dotarłam jakos do drzewa z odrobiną suchego podłoża i próbowałam wylac jakoś płyn z gumowca, który ciążył mi niesamowicie. Okazało się, że nie bardzo da się wylać, bo to sam szlam, gęsty i mokry, ale dosyć kleisty. Zamiast zatem ruszac w kolejny punkt, zdzierałam z siebie przy samochodzie buty i skarpety, wytrząsając czarny szlam na drogę i w te pędy wracałam do domu. A tu kolejna niespodzianka. Wody nie ma. Bosko no. Przyszła po 2 godzinach jak juz błoto zdążyło na mnie zaschnąć. Dobrze przynajmniej, że w tym błocie nie trafiła się żadna pijawka.
środa, 15 czerwca 2011
Tak nie po kolei
O pracy dziś, nudy, wiem, ale muszę się uwywnętrznić. Wyrzucić, może to pomoże. Może... To, że się wszystkim przejmuje to powszechnie wiadomo. I biorę do serca. Pracę też. No ale praca to ogromna część życia. Tym bardziej, że przecież nie pracuje na kasie w supermarkecie, tylko robię coś, o czym można górnolotnie rzec "pasja". Szef mi wczoraj powiedział, żebym nie brała do siebie zjebki jednego vice. Łatwo mu powiedzieć, jak przełożony na mnie wrzeszczy niezasłużenie i nie daje mi się wytłumaczyć, mimo, że naprawdę nie miałam czasu zrobić tego w terminie, to jak mam tego nie brac do siebie? Sytuacja jest dosyć skomplikowana. Po pierwsze, jak już wspominałam, mój wielki projekt europejski ledwie zipie. Niby mamy umowę, kasa przyznana, ale nasze kochane ministerstwo zwierzchnie je blokuje. Przyznaje nam nie tyle ile potrzebujemy, nie w takich działach, nie na takie cele. I siedzimy i piąty raz w tym roku zmieniamy plany budżetowe przekładając złotówki z jednego kąta w drugi. Ale z pustego to i Salomon... Do tego kontrola naszych dokumentów trwa tak długo, że mam 3 miesięczne opóźnienia w przetargach. Do tego nie mogę zatrudnic ludzi do projektu. Tzn juz raz zatrudniłam, ale musiałam zwolnić bo kasy zabrakło. Oznacza to, że sama ciągnę projekt, nie rezygnując formalnie z codziennych zadań i obowiązków. Oznacza to, że zasadniczo wszędzie mam obsówę czasową i ciągle wychodzą jakieś błędy - nie pomaga zostawanie po godzinach i przeglądanie papierów w domu. Nie wiem nawet co o tym wszystkim myśli mój szef, bo on nie jest bardzo wylewny i nie bardzo umie pochwalic pracownika. Nie płacą mi oczywiście nic wiecej, bo skąd, a że potrzebuję ostatnio kasy ze wzgledu na jeden wyjazd (sesese) to się czepiam różnych zleceń. Nawet malutkich - dużo pracy mało kasy. Ale zawsze coś tam skapnie. No i ostatnio zupełnie przypadkiem pojawiła się możliwość dorobienia. Okoliczności były dosyć niemiłe, skąplikowana sprawa i nieprzyjemna dla mnie, zatem nie chce mi się do tego wracać. Ale samo zlecenie jest super, bo oznacza wstanie od biurka i wyjście w teren. Z tym, że czasu jest mało a pracy dużo. Podczas pierwszej serii przez półtora tygodnia wracałam do domu późnym wieczorem zmachana i utytłana w błocie. Kot się na mnie obraził, sąsiadka mnie witała w drzwiach licząc mi, że "dzis to pani pobiła rekord", do tego sobota, niedziela, cuda na kółkach. Teraz kolejna seria przede mną, w lipcu trzecia i ostatnia. Cudne to jest, bo wracam zmęczona ale szczęśliwa, bo a to wlazłam na bobra, a to wypłoszyłam derkacza, itp. A do tego wszystkiego ostatnie dwa tygodnie były koszmarne. Zmarł szef główny. Najpierw nas otępiło, potem musieliśmy się wziąć do pracy. Przygotowanie ceremoni, mowy pożegnalne, kwiaty, zawiadomienia .... Do tego formalny paraliż, bo czekaliśmy na nominację p.o. a bez tego nie można było nic podpisać. Potem pogrzeb, goście, kondolencje, delegacje, masakra... Trzeba było stanąć na wysokości zadania... W piątek, po wszystkim, wróciłam do domu i padłam. Teraz powoli wracamy do normalności, choć to trudne. Teraz mój szef dostał p.o., doszły mu obowiązki, trudniej go dorwac i cokolwiek z nim ustalić, a to dopiero początek. Sama się dziś zadleklarowałam, że jak będzie potrzebował pomocy "sekretarialnej", to ja i A pomożemy. Bo on sekretarki przecież nie ma, on był tylko zastępcą i to "tym drugim". A dziś cały dzień siedziałam nad ofertami przetargowymi, bo nam tak oferenci niechlujnie napisali oferty, że teraz nie możemy zrozumieć co oni nam oferują. I dalej tworzę sterty papierzysk, a łopata dalej nie wbita w ziemię. Już mnie to męczy. Nie chce mi się, ręce opadają, robię się nerwowa, krzyczę na ludzi, potem przepraszam bo mi głupio. Ciągle ktoś coś ode mnie chce, a mnie się już nie chce. Ogólnie mówiąc - marazm i degrengolada. Oby przetrwać kryzys. Oby do urlopu. Oby do sierpnia.
ps: oglądam amerykański teleturniej "czy jesteś mądrzejszy od 5 klasisty" i nie jestem oszołomiona trudnością pytań i ogromnym problemem jaki mają uczestnicy z odpowiadaniem na nie...!! np: czy równik przechodzi przez południowy skrawek ameryki północnej - pan musiał skorzystać z pomocy....
środa, 25 maja 2011
Szostry
Latam dzielnie na aerobik do Gminnego Ośrodka Kultury* i poznałam tam parę miejscowych bab. Znaczy zgodnie z poprzednim wpisem - one poznały mnie bardziej, bo większość z nich tylko przychodzi i wychodzi nie zamieniając z nikim słowa. Ale przynajmniej zacieśniłam znajomość z tymi co już znałam wcześniej. Miedzy innymi z M, nota bene żoną jednego z szefów, z którą niespodziewanie jestem na Ty;) No ale - M od jakiegoś czasu prowadziła teatr przy goku. No, może teatr to za duże słowo, amatorski kabaret. Szczerze powiedziawszy nie widziałam ich ani raz, nawet nie byłam świadoma, że to ona tym kręci. Ale to głównie dzieciaki tam grały, przedstawienia raczej kabaretowe, jakoś nigdy nie trafiłam. Po którymś z zajęć M się rozgadała i zaczęła coś mówić, że wróciła z jakiś warsztatów i ma fajną sztukę, ale dla dorosłych i to samych bab. No to ja na to spontanicznie, że jakby szukała amatorów chętnych to ja się piszę. I za tydzień dostałam scenariusz do poczytania i wybrania sobie roli. I poszło. Pokochałam Lucy, siostrę numer 3 z 5:) I nikt jej nie chciał, walka była krótka. Wprawdzie mieliśmy problem ze skompletowaniem obsady, bo jednak znalezienie 5 babek, które odważą się tu wyjść na scenę jest trudne. Zaczęłyśmy jeszcze na początku kwietnia w 3, najmłodsza szostra odnalazła się dopiero jakieś dwa tygodnie temu. Do tego ostatni tydzień to dokoptowanie dwu chłopa, którzy mają robił męskie tło i mamy skład. Tośka - najmłodsza, grana przez nastolatkę, ale za to jak! Jesteśmy na etapie ustawiania sceny, w której nasze bohaterki upijają się gromadnie, potem próbują zatrzeć ślady, by na koniec zostać wyprowadzonym przez policję. Oczywiście w kajdankach przygnieciona do ziemi jest wywlekana ze sceny Lucy. Reszta tylko wrzeszczy. Bedzie się działo, oj. Zastanawiam się, czy rodziców na premierę zaprosić :]
*co za szumna nazwa:)
wtorek, 24 maja 2011
Płotka czy plotka?
Co tam było dalej? A, że celebrytą:) Zaczęło sie to w poniedziałek, zaraz po tej niedzieli co się uczyłam na nartach jeździć. Spotkałam tam kilka znajomych osób, wszak to mała wieś, a i wyciąg prowadzi dwóch pracowników naszych. Dzięki temu zresztą nie zapłaciłam za zjazd, bo mnie bokiem na ten orczyk wciskali, ale to ciii :) Nie bardzo zwracałam uwagę na otoczenie, kto tam jeździ, a kto na mnie lampi. No starałam się skupiać jednak na tych deskach i kijach i na płocie na końcu zjazdu:) W poniedziałek wieczorem ide sobie dzielnie na aerobik, utyskuje trochę, że mnie to i owo boli, a baby do mnie, że wiedzą wiedzą. Wszak się na nartach uczyłam jeździć.... Jakie było moje zdziwienie, kiedy we wtorek wiedziały o tym już dwie gminy - ta, w której mieszkam i ta, w której pracuję. Co chwilę ktoś mnie po plecach poklepywał i wypytywał kiedy sie z nim na narty wybiorę. Nawet jeden z szefów, co to normalnie rozmawia ze mną tylko o tym piśmie, co to błędnie napisałam... Mało tego, kiedy miałam ten nieszczęsny upadek, po wsi chodziło, że rękę złamałam. Przyszedł mianowicie jakis chłop, który odczytuje liczniki wody, a co to go na oczy nie widzialam nigdy, nie znam i wogóle i sąsiadce opowiadał, że "ta gopherr to rękę złamała". To jest jakiś fenomen, którego ja nie rozumiem. Nie chodzi juz o szybkośc rozchodzenia się informacji i bzdury, które z tego wynikają. Ale do głowy by mi nie przyszło, że ktoś może się mną interesować! Że tyle osób interesuje to, że na nartach się uczę jeździć. Mało tego - że jest to aż taka sensacja. Co najmniej jakbym była gwiazdą estrady i zrobiła sobie nowe cycki... I jak sie potem zaczęłam tak przyglądać i wypytywać, to różnych ciekawych rzeczy sie o sobie dowiedziałam. A to, że pół wsi twierdzi, że jestem krewną tego tam gościa, z pozostałe pół wsi nie jest pewna. Albo że mój wuj jest serdecznym przyjacielem mego szefa (co się w życiu na oczy nie widzieli i nawet nie wiedzą o swoim istnieniu). Oczywiście część tych plot jest niemiła i niejako podważa moje kompetencje. Bo wedle opini ludu nie jest możliwe żeby młoda dziewczyna, która przyjechała nie wiadomo skąd mogła tu dostac pracę i tak szybko awansowac bez odpowiednich koligacji. Albo krewna, albo ma haka, ale na pewno nie mądra. I wciąż żyję pełna zdumienia co do skali zainteresowania moją osobą. I szkoda mi tylko, że to zainteresowanie nie przekłada się na ogólnoludzkie stosunki towarzyskie. Bo okazuje się, że (prawie) każdy mnie zna, a ja nie znam (prawie) nikogo. Choć przecież nie chowam się w norze, uśmiecham, jestem uprzejma i angażuje w co mogę. Lub o czym wiem, bo informacje o fajnych wydarzeniach rozchodzą się tu duuużo wolniej niż plotka. |
Archiwum
Zakładki:
Fotografia
Inni
Na zielono i czerwono
Worek myśli
|